Jeżeli przetrwa cokolwiek z tego miasta, to muzyka
Trzydzieści lat już minęło od premiery tego niezwykłego albumu, która miała miejsce w roku 1994 i oto ukazała się w końcu wersja na winylu. Ja wiem. Czarny krążek przez długi czas był w niełasce, a lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wielu, to panowanie kaset magnetofonowych i płyt CD. I na początku – w tych właśnie wersjach – ukazała się płyta Malcolma McLarena „Paris”. Album, który trafił do mojej kolekcji rok po premierze, czyli przed wieloma laty, trochę przypadkowo, a trochę celowo – dzięki znajomościom w hurtowniach muzycznych, które regularnie odwiedzałem, a znajomy który prezentował muzykę na stoiskach, właśnie tą płytą przyciągnął moją uwagę. Chociaż ja w tamtym czasie słuchałem zupełnie innej muzyki. Rzecz jasna byłem i jestem wciąż otwarty na dobrą nutę i dzięki temu mogę wciąż zaliczać tę płytę do pierwszej dziesiątki moich ulubionych albumów muzycznych.
„Paris” – to album zarówno genialny jak i dziwny. Na pewno zwraca uwagę swoim brzmieniem, jakością dźwięków, kiedy słyszymy muzykę. Muzyka jest charakterystyczna, intryguje, zatrzymuje nas przy głośnikach. Takie są pierwsze wrażenia, nie tylko moje. Malcolm McLaren umiejętnie połączył jazz, soul, art rock, pop, hip-hop i coś tam jeszcze od siebie. Na płycie słychać wyraźnie tą spójną różnorodność, która podkreśla specyfikę poszczególnych utworów. Zauważymy dźwięk trąbki przywołującej Milesa Davisa, głos Catherine Deneuve, śpiew Francoise Hardy, a sam McLaren pojawia się i znika ze swoim charakterystycznym wokalem. Do tego wyraźne nawiązanie do mistycznego kompozytora francuskiego z czasów belle epoque – Erika Satie, którego kilka razy na tej płycie przywołują muzycy („Walking with Satie”). To właśnie Satie zwrócił moją uwagę, fortepianem Didiera Makagi i charakterystyczną trąbką Guya Barkera. Pamiętam, że to mi zupełnie wtedy wystarczyło, aby ten krążek jak najszybciej kupić.
Materiał muzyczny jest zaskakujący w odbiorze, nie przytłacza, ani nie męczy. Wszystkie kompozycje tworzą płynną, jednolitą całość, prowadząc słuchacza po paryskich ulicach, zaułkach, miejscach, w których spotykają się różni ludzie, rozgrywają się różne wydarzenia. Na pewno dla wykonawcy jest to powrót do przeszłości. A my; albo podążamy wraz za nim, albo sami odkrywamy tajemnicę tego miejsca. Słyszymy muzykę, a widzimy Paryż. Miasto fascynujące, tajemnicze, za każdym razem odkrywane na nowo, choć nieustannie okryte swoją tajemniczością. No i to wszystko sprawia, że ta płyta jest genialna.
A dlaczego ta płyta jest dziwna? Cóż, sam twórca tego albumu jest osobą mocno zróżnicowaną – delikatnie mówiąc – po której trudno się spodziewać artystycznego geniuszu, no ale przecież nie on jeden, nie on sam widnieje na tej płycie. Stał się głównym pomysłodawcą, inicjatorem tego projektu, przy udziale znakomitych muzyków. Po raz kolejny sprawdził się jako organizator. Malcolm McLaren przed wielu laty był znany głownie z tego, że stworzył i utrzymywał przy życiu muzyczny projekt, który przeszedł do historii muzyki rockowej pod nazwą Sex Pistols. Ale zanim zaczęto o nim mówić „król punk-rocka”, był typowym, żydowsko – brytyjskim wywrotowcem. Lewakiem, łączącym marksizm z anarchizmem o nienagannym wizerunku brytyjskiego gentlemana z całkowicie zepsutą duszą, co w tamtych czasach budziło skandal i się dobrze sprzedawało.
Malcolm McLaren był więc człowiekiem całkowicie nie z mojej bajki. Zapewne większość jego życia nie nadawałaby się jako przykład cnót nawet w anglosaskim wydaniu. Przez cały okres jego aktywności, choć niezbyt widoczny, to jednak był nieustannie obecny w showbiznesie, a dociekliwi fani poszukają sporo informacji na temat szczegółów jego meandrów życia, a nawet zdobędą fotografie jak się modli w synagodze.
Ale nie o tym miało być. Tutaj chodzi tylko i wyłącznie o płytę „Paris”, której winylowe, dwupłytowe wydanie właśnie trzymam w ręku. Trzydzieści lat minęło jak jeden dzień. Powróciły tamte emocje, ot taka kolekcjonerska przypadłość. Pamiętam jak trzydzieści lat temu wiele mówiło się o tym albumie. Podobno nagrano go w ciągu jednego roku na jednym ze strychów francuskich kamienic. Podobno używano starego sprzętu i podobno Catherine Deneuve od razu zgodziła się zaśpiewać. Teraz wszyscy znają ten utwór „Paris Paris”, który – chcąc nie chcąc – wyprzedza w swojej popularności inne kompozycje. Jednak aby mieć właściwy obraz tej płyty trzeba koniecznie poznać całość, bo utwór „Revenge of the Flowers” zaśpiewany z Francoise Hardy (podobno też bez wahania się zgodziła na udział w tym projekcie) jest kolejnym mocnym akcentem tego albumu. No i rzecz jasna aranżacje utworów, będące dziełem muzyków biorących udział w tym przedsięwzięciu, bez których cały ten projekt nie miałby tego właśnie klimatu. Klimatu jazzu nad Sekwaną. Tak było- spontaniczność oraz profesjonalizm, doskonała synteza w muzyce i te trzy akcenty instrumentalne trębacza Guya Barkera: „Mon Dié Sénié”, „Miles and Miles of Miles Davis” i „Jazz is Paris”. Niby niewiele, a słychać ten instrument bardzo długo i w dodatku Guy Barker podkreśla znaczenie kompozytora Erika Satie, czyniąc przy tym ukłon w stronę Milesa Davisa. Satie, jak już wspomniałem, jest tutaj tylko na chwilę, ale za to bardzo wyraźnie go usłyszymy. Chyba zależało McLarenowi na jego obecności, bo cóż znaczy paryska bohema bez Erika Satie, Jeanne Moreau, czy Juliette Greco?
„Anthem” to jeszcze inny utwór, który powoli nam zamyka album, całkiem innym akcentem niż wcześniejsze kompozycje. Słyszalny McLaren z niewielkim żeńskim chórem. Nie za długo to trwa, ale za to bardzo estetycznie. Jeszcze na koniec pojawia się Sonia Rykiel ze swoim głosem. To znana projektantka mody, którą podobno Malcolm McLaren wyciągnął z którejś z szaf z ubraniami. Podobno nie protestowała. Takie rzeczy dzieją się na tym albumie. Dziwna płyta, prawda?
No i nadszedł rok 2024 i pojawia się winylowy krążek, a w zasadzie dwa krążki, bo „Paris” to album długi, trwa ponad 60 minut, więc w komplecie są dwa winyle. Pojawienie się albumu w wersji analogowej w końcu zmobilizowało mnie, abym coś o tej płycie napisał. Trzydzieści lat minęło i wreszcie mamy analogową gratkę dla melomanów i znów można przywołać swój zachwyt nad tymi wszystkimi znajdującymi się tam kompozycjami i powtarzać bez końca, że materiał zróżnicowany, zaskakujący w swojej aranżacji, którego można słuchać i słuchać, a teraz jeszcze od czasu do czasu trzeba jednak wstać z fotela i zmienić płytę w gramofonie. Warto dodać, że ostatnia strona zawiera kilka kompozycji instrumentalnych- taka ciekawostka od wydawcy. Trzeba też wiedzieć, że wraz z premierą krążka w 1994 roku album „Paris” wychodził w kilku wersjach kompaktowych w zależności od kraju, w którym był wydawany. Najpełniejsza wersja, to wersja amerykańska, która prócz drugiego krążka CD z wersjami instrumentalnymi wszystkich kompozycji; zawiera dodatkowe dwa utwory, których nie ma na kasecie magnetofonowej. I tej wersji się trzymajmy.
Stolica Francji już nie jest tym samym miastem, jakim była w dniu premiery albumu „Paris” w roku 1994. Miasto tętni już całkiem innym życiem. Po tylu latach jakie miały wpływ na stolice Francji i jej mieszkańców można powiedzieć, że McLaren tą płytą zamknął pewien okres i klimat tego miejsca nad Sekwaną. Bo nie tylko tamto miasto umarło, ale i również niektórzy artyści tworzący ten niezwykły materiał, których zawsze możemy teraz posłuchać na tej płycie; a którzy spotkali się podobno na strychu jednej z paryskich kamienic, aby pozostawić po sobie ten trwały, niezwykły ślad. Tak, Malcolm McLaren, choć to żaden muzyk, ani wokalista, umieścił w tym albumie wszystko to, co wciąż od lat wydaje nam się intrygujące oraz niezwykłe, a jednocześnie zatrzymał słuchaczy w kapsule artystycznego czasu. Czasu miasta, którego już nie ma.
Tomasz J. Kostyła